Bigos

Czym się różni praca w wielkiej korporacji, gdzie jest ciepło, miło, wygodnie, z własnym stanowiskiem pracy i nawilżaczem powietrza od pracy w gimnazjum w D.?
Bigosem.
Znałam tych dzieciaków od pierwszej klasy, kiedy do przywiązanego konia rzucali kamieniami. Wtedy złapałam rudego Bigosa za wszarz i powiedziałam, że tak mu wpierdolę, że go rodzona matka nie pozna. Potem on przyszedł do mnie i się przytulił i wyznał:
- Mama tez mi mówi, że mnie zajebie.
I wróciłam. Po siedmiu latach. Pierwszy podchodzi do mnie Rudy vel Bigos. Z tymi śmiejącymi się oczami:
- Czy mnie pani pamięta?
Tak. Bigos właśnie wrócił z ośrodka wychowawczego i zeżarł na dzień dobry kwiatka w biologicznym. Dyra stwierdziła, że jak trzeba będzie to mu podsunie dracenę, czy inne trujące zielsko.
I dzisiaj podjeżdżam pod szkołę. Bigos siedzi w kucki na płocie, śpiewa piosenkę, że ma wielkiego chuja, a w między czasie gdacze jak kura, a reszta klasy mu wtóruje. ja nie wiem, czy mu już odbija, czy ma taki dystans do siebie. Ze starego płotu wystaje jakaś rura. Mówię mu:
- Dziecko zejdź, bo ta rura w tyłek ci się wbije, jak się zachwiejesz.
- No to będę miał trochę przyjemności – odparł Bigos i się uśmiecha.

W międzyczasie podchodzi do mnie mała dziewczynka i mówi:

- Prosze paniom, M. uderzył mnie w łeb.

- W głowę – poprawiam.

- Nie, w łeb!

Ja mam dosyć.

Umrę

Umrę. Oczywiście, że umrę. Każdy umrze. Prędzej, czy później. Kwestia niedopowiedzenia. Pamiętam, kiedy jeździłam jeszcze elką i wyjeżdżałam z parkingu, miałam obawy, że tył samochodu zachodzi mi na sąsiedni pas. Zapytałam więc instruktora:
-Mam tyłek, nie?
On pomilczał. I w końcu odparł z salomonową mądrością:
-Każdy ma.
Borze szumiący, jak ja się śmiałam.
Prawie jak wtedy, kiedy córka znajomej farmaceutki przytuliła się do mojego futrzanego kubraczka i powiedziała:
- Znowu pani tę sarnę ubrała?

Praca w aptece jest nie dla mnie. Grozi paranoją. Ja nie mogę na każdego wchodzącego pacjenta patrzeć podejrzliwie i zastanawiać się panicznie: jakiego syfa mi sprzeda?
Długi weekend srikend. A. była we Włoszech, mi hermana w Madrycie, inna A. w Warszawie, ktoś tam w Berlinie… A ja? A ja kurwa szłam przez ostatnie kręgi piekieł z zapaleniem zatok i spojówek.
Ogólnie to świat się kończy. Mój świat. Poszłam ja ci do dentysty-sadysty na wizytę kontrolną. A on do mnie:
-Ma pani bardzo dobrą higienę jamy ustnej.
O_O
To przecież ja się źle czuję, a nie on. Mój dentysta-sadysta, który przez lata mnie orał, że źle myję zęby…
A może wszystko jest kwestią nazewnictwa?
Kiedy ktoś mnie spyta, co robiłam w długi weekend, powiem, że byłam w ciepłych krajach (przecież w piekle).
Praca w szkole też nie dla mnie. Kiedy taka dogorywająca wlokłam się ostatkiem sił i dotarłam do klasy, ledwo usiadłszy, A. mi mówi:
- Coś mnie brzuch boli, chyba będę chory.
- Jezu, dziecko. Mam gorączkę, boli mnie gardło i zatoki, jak złapię od ciebie jelitówkę, to chyba umrę.
Musiałam to powiedzieć jakoś poważnie, bo A. się przejął:
- Niech pani takich głupot nie opowiada. Pani jest piękna i młoda i całe życie przed panią.
-… ale jak mi sprzedasz jelitówkę, to umrę. I to będzie twoja wina.
Uwielbiam wzbudzać poczucie winy w moich uczniach.

Pesel

Aaaaaaaaaa! Słońca nie widziałam od nie wiadomo kiedy. Jak przeżyć listopad i nie strzelić sobie w łeb? Jak nie popaść w tę listopadową autodestrukcję? Aaaaaa! Znicze i chryzantemy, pamięć o tych, co odeszli i wiecznie padający deszcz. Niech jutro ściśnie mróz na drodze, to czeka mnie dębowa jesionka.
Matko. Jak przetrwać listopadowe czarnowidztwo? Jak pohamować się przed rzuceniem sobie do wanny włączonej do prądu suszarki? Jak nie zabić się własną pięścią? Jak powstrzymać się od najedzenia się piasku z kuwety?
Nic, tylko mrok i śmierć, i niewiadomość i zatrata…
Boli mnie kolano. Nie mogę wchodzić po schodach. Oczywiście, że nie poszłam do lekarza. Po co? Diagnozę mam w dowodzie osobistym. Jest nią mój pesel.
Podobno „grzeczne dziewczynki mają pracę, niegrzeczne sponsorów, a mądre własny interes”.
Czas zmądrzeć.

Zrób to sam

Jeśli coś jest głupie i działa, to nie jest głupie.
Moje życie jest jak mój samochód. Tyle z niego odpadło, a nadal jeździ. Widocznie, to nie były jakieś super potrzebne rzeczy. Wczoraj przy parkowaniu znowu odpadł mi jakiś plastik. Lubię J., bo jest w porządku. On nie czyni jakichś złośliwych uwag, ja mu mówię, że odpadło, a on tylko pyta: skąd? i każe się nie przejmować.
Życie jest pełnie niepotrzebnych rzeczy, bez których wydaje nam się, że nie możemy żyć, a potem okazuje się, że spoko luz.

Czy ja jeżdżę hondą?

W aptekach najpopularniejszą grą jest: Zgadnij, co mam na myśli.
- Poproszę kulkę dla mężczyzn.
Yyyyyyy?
Że, kurwa, co?
I nagle, dwie synapsy szczęśliwie się połączyły w moim mózgu, choć długą i ciężką drogę miały do pokonania:
- Dezodorant dla mężczyzn?
Bingo!

Kiedy w bardzo ważnej firmie farmaceutycznej dzwoni do nas bardzo ważny klient, a akurat M. przyszła do roboty ze swoim psem Rufikiem, który szczeka, kiedy nikt nie ma czasu rzucić mu zabawki do aportowania, to na pytanie:
- Psa tam macie?
Odpowiadamy:
- Nie, koleżanka ma taki oryginalny dzwonek w telefonie.

Znajoma mnie uprosiła, żebym na kilka godzinek wróciła do pracy w gimnazjum w D. Nie mam specjalnie czasu, bo pracuję na dwa etaty, ale sentyment mnie przyciągnął. Przez pierwsze dwa tygodnie było ciężko. Nie mogłam się wbić w gimnazjalny rytm: akcja-reakcja, prowokacja-cięta riposta.
Ale jakoś się przełamałam w tym tygodniu.
D., syn lokalnego dilera, doskonały materiał na bandytę, pyta mnie nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A pani jeździ hondą?
Oblał mnie zimny pot. Kurwa, brakuje mi tylko wybitej szyby.
- Nie wiem…
- No jak to pani nie wie?
- No nie wiem. Okłamywanie jest niepedagogiczne, więc mówię ci prawdę: nie wiem, czy to honda. Skąd ja mam wiedzieć czym był mój samochód w poprzednim wcieleniu? Może to był mercedes i przystanek autobusowy? Wiesz, zdolny lakiernik i dwa wiadra szpachli…
- Ale hondą pani jeździ?
- No to ci mówię, że nie wiem. Może to była beemwica i dwie latarnie plus cztery wiadra szpachli? Albo alfa romeo i fiat panda?

NIe myśleć, nie czuć, nie istnieć

Prawda stara, jak świat: jak ktoś ma miękkie serce, to musi mieć twardą dupę.
Jeśli masz dwóch pacjentów chorych na raka, dwie recepty, a tylko jedno opakowanie leku, co go w hurtowni rzucają raz na pół roku, to niech ci nie przyjdzie do głowy rozdzielać tego badziewia, bo rak, to rak. Pacjent się zawinie, a ty zostaniesz z problemem brakującego blistra leku dla żyjącego pacjenta i żadną możliwością zdobycia go, bo na umarlaka, to raczej recepty nikt nie wypisze, a na wyrozumiałość NFZ-u nie ma co liczyć, trzeba wyskakiwać z tysiaka.
Zapamiętać. Dziwożona, zapamiętać! Nie wolno mieć żadnych ludzkich uczuć. Żadnych.
I najlepiej też nie myśleć. Ciągle to sobie powtarzam: dziwożona, nie myśl. Tyle ludzi nie myśli i jakoś im idzie.
A ja jak próbuję nie myśleć, to koniec końców i tak to spada na mnie. Np. taka wymiana oleju. Dziady mechaniki trochę chyba za mało nalali, filtr wymienili, więc postanawiam zrobić małą dolewkę. To nie są moje problemy. Samochody, to problemy mężczyzn. J. też tak twierdzi i mówi, żebym na dolewkę pojechała na stację benzynową, tam mi jakiś facet doleje, bo znając mnie, to sobie wleje tego oleju do chłodnicy. Nie, nie obraziłam się, że J. ma mnie za tępą dzidę. Po prostu on wie, że ja nie mogę przemęczać się intelektualnie. Ze stukotem obcasików wkraczam na bipi i mówię, że chcę sobie dolać. Facet bierze rękawice i idzie ze mną do samochodu. Dolał. I zbladł.
- Paaaani…, a gdzie tu jest chłodnica?
- A tam – odpowiadam i pokazuję swoim zgrabnym paluszkiem owo urządzenie.
- Jezus Maria. Już się przestraszyłem, że do chłodnicy nalałem.
Kurwa, rychło. Najpierw się leje, a potem myśli.
Wniosek: jestem bardziej rozgarnięta technicznie od przeciętnego faceta. A ja myślałam, że jestem ułom.

Smutno mi. Krótko mój Besito był ze mną. Tylko trzy lata.

Dzięki niemu nauczyłam się tego, ze nie muszę być perfekcjonistką. Bo jak jeździć samochodem, to jak Kubica, jak parkować, to na raz, bez poprawek i tak dalej. I kiedy wyjeżdżałam z lecznicy, była tak rozbita, że nie miałam pomysłu, jak zawrócić na najbliższym osiedlowym skrzyżowaniu. Wykonałam jakieś pół manewru i chuj. I dalej nie wiem. Za mną krawężnik za wysoki, żeby podjechać, przede mną jakieś słupki. Z każdej strony ktoś nadjeżdża. Normalnie, to bym się zestresowała, wymiękła, spanikowała, że ktoś się denerwuje, że nie może przejechać. A tym razem? Pierdolę wszystkich. Taksiarzowi nic się nie stanie, jak poczeka dwie minuty, aż wykręcę, kolesiowi tojocie, też nie. Myślałam tylko: kurwa, niech tylko ktoś trąbnie, to wysiądę i nastukam po mordzie. Nikt nie trąbnął.

Ewolucja

Nauczyłam w życiu się. Kilku rzeczy. Wszystkich źle.
Ja naprawdę myślałam, że ewolucja ma charakter postępowy i stawia sobie za cel stworzenie coraz bardzie rozwiniętych istot.
Okazuje się, że nie.
No bo jak mogę nazwać sąsiada, który wylewa przez okno zupę na samochody?
To nie jest brakujące ogniwo w teorii ewolucji. To nie jest prymityw. To jest regres.
W przypadku ludzi ewolucja się cofa.
Mamy nową koleżankę w pracy. Pierdoli od rzeczy o pozytywnym myśleniu i takie tam coachingowe, z dupy wyjęte żałosności. I ona w to wierzy.
Jak patrzę na nią, to nie wiem, czy ewolucja jeszcze do niej nie doszła, czy ją zobaczyła i zawróciła.

Pracuję w baaardzo dużej firmie farmaceutycznej. Tak dużej, że tylko czekamy po cichu, aż urząd ochrony kąsumęta wpierdoli im karę za monopol i tworzenie lobby. Nic to. Moimi klientami są apteki z całej Polandii. Jak ja lubię, jak im nerwy puszczają. Jak któryś kolejny miesiąc z rzędu nie ma leków ratujących życie, nie ma insuliny i tak dalej, i tak dalej…
Pan magister z W. Sympatyczny facet. Prowadzi aptekę ze swoją żoną.
I ja rozumiem, że w końcu puściły mu nerwy i wykrzyczał mojej koleżance:
- W dupę sobie wsadźcie te swoje reklamówki, kredki i kolorowanki. Clexane mi dajcie!
I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

A kiedy już nastąpi koniec naszego żałosnego świata, zostaną trzy rzeczy: karaluchy, piasek z kuwety i koci włos.

Ogólnie mam taką zasadę, że jak zacznę rozpierdalać jakąś chatę, to się mogę wyprowadzać.
No to szukam pomału nowego lokum. Chciałam powiesić ramkę z obrazkami i wyrąbałam taką dziurę w ścianie, że hej. Potem okazało się, ze ramki wiszą krzywo. Postanowiłam poprawić, ale mi hermana powstrzymała mnie, że jak zacznę znowu walić młotkiem, to sobie wizjer do łazienki zrobię, więc niech wiszą krzywo, ja się rozglądam za nowym domem.

Zagadka dnia

Płynę do brzegu z nową chatą.
Reasumując: 60 tysiów pękło, umeblowałam się jako tako, naużerałam się z montażystami kuchni, wnosicielami mebli, salonami meblowymi, ertevauagiede itepe, trzasnął mi kręgosłup, zrypana jestem jak koń po westernie. I kiedy myślałam, że to koniec, że to dzisiaj dowiozą mi tylko szafę (oczywiście w paczkach, wersja: LEGO, zrób to sam), jutro tylko składanie i gitara gra… Ale nie. Nie z moim szczęściem. Przynieśli więc te paczki z szafą, pojechałam do roboty na drugą zmianę i nagle telefon z salonu meblowego. Dzwoni pani niemiła z obsługi. Tak, tak, to ta, która ironicznie się do mnie odnosiła. Tak, to ta, którą zrypałam od góry do dołu ku uciesze nie lubiących jej współpracowników. Moim zdaniem, klient w swoim zachowaniu nie musi wypowiadać się logicznie. To jest fascynujące, że niektórzy ludzie są jak drzwi w domu u Leonity. Jak nie pierdolniesz, to nie zamkniesz. Kiedy podniesionym głosem oznajmiłam jej, że mnie zaczyna irytować i dodałam kilka swoich złośliwości, wtedy babsko stało się miłe. No i teraz ten telefon. Ja już w pracy, a on uderza w żałobno-proszalny ton, że olaboga, dramat, bo cztery paczki szafy, a powinnam trzy. A ta czwarta to komoda państwa XYZ ze Ś. i ona mię zaklina na wszystkie świętości, żebym ja oddała paczkę. No żesz kurwa. Zgodziłam się, bo na co mię części od komody? I dobrze, że się zgodziłam, bo panowie zabrali komodę, a mi dorzucili małą paczuszkę. A co było w środku? No co? Kurwa, zawiasy.
Jutro przyjdzie facet składać szafę. Ciekawe co mu wyjdzie? Przystanek autobusowy? Prom kosmiczny? Półko-szafo-stół?

… bo zupa była za słona

Kolano mnie boli i puchnie coraz bardziej. Przewróciłam się na łyżwach. Wiem, że mamy czerwiec. A ja wyjebałam się na łyżwach, a właściwie o łyżwy.
Przeprowadzam się. Na swoje. W końcu.
Niosę sobie ten karton i nagle sruuuu! Niedbale rzucone łyżwy stały się dla mnie śmiertelną pułapką. Nie, nie złapałam w ostatniej chwili równowagi. Nie. Wpadłam w stertę kartonów niczym Hanka Mostowiak i przez moment myślałam, że jak ona – umarłam, bo nic nie czułam. Otworzyłam oczy – nadal byłam wśród kartonów, przykryta choinką. która upadła na mnie, kiedy leciałam. Potem pojawił się ból w kolanach, łokciach. Ogólnie wyglądam ja ofiara przemocy domowej.
Ostatni czas to tyle radości. N. – moja, pożal się borze szumiący, kierowniczka. Kobieta, która zatruła mi ostatnie dwa lata życia. I paradoksalnie, przyczyna mojego największego szczęścia. Czuję się pełna radości, jak świnia w błocie, że jej więcej nie zobaczę.

Podnieś to, czym rzuciłeś

Już dawno pogodziłam się z tym, że jestem murzynem na plantacji bawełny. A pracodawcy, pseudo kapitalistyczni krwiopijcy nie zdają sobie sprawy, że łańcuch jest tak silny, jak silne jest jego najsłabsze ogniwo.
Sz. wprowadza mnie w tajniki pracy w wielkiej firmie. Za to kara, za tamto po premii…
- A jak to zrobię źle? Każecie mnie wychłostać? – pytam zaczepnie.
- Nie, zamurujemy cię w naszej firmie. Zostawimy tylko otwór na oczy i ręce, bo to jest nam tylko potrzebne.
Najpierw zaśmialiśmy się, a potem zrobiło się tak jakoś poważnie…

W oborze zganiam towarzystwo po przerwie.
- Ale co będziemy robić? – pyta pomiot.
Kurwa, jeździć na nartach.
- Będziemy śpiewać pieśni patriotyczne – odpowiadam złośliwie.
- Super! – cieszy się K., która bierze udział w każdym przedstawieniu, apelu, capstrzyku…
- Rozkwitaaaały pąąki białych róóóóż…
Wtedy K. rzucił czym przez pół sali.
- Podnieś to, czym rzuciłeś! – drę ryja.
K. zdziwiona.
- Proszę pani: Rozkwitały pąki białych róż, wróć Jasieńku, a nie: podnieś to, czym rzuciłeś…