Ewolucja

Nauczyłam w życiu się. Kilku rzeczy. Wszystkich źle.
Ja naprawdę myślałam, że ewolucja ma charakter postępowy i stawia sobie za cel stworzenie coraz bardzie rozwiniętych istot.
Okazuje się, że nie.
No bo jak mogę nazwać sąsiada, który wylewa przez okno zupę na samochody?
To nie jest brakujące ogniwo w teorii ewolucji. To nie jest prymityw. To jest regres.
W przypadku ludzi ewolucja się cofa.
Mamy nową koleżankę w pracy. Pierdoli od rzeczy o pozytywnym myśleniu i takie tam coachingowe, z dupy wyjęte żałosności. I ona w to wierzy.
Jak patrzę na nią, to nie wiem, czy ewolucja jeszcze do niej nie doszła, czy ją zobaczyła i zawróciła.

Pracuję w baaardzo dużej firmie farmaceutycznej. Tak dużej, że tylko czekamy po cichu, aż urząd ochrony kąsumęta wpierdoli im karę za monopol i tworzenie lobby. Nic to. Moimi klientami są apteki z całej Polandii. Jak ja lubię, jak im nerwy puszczają. Jak któryś kolejny miesiąc z rzędu nie ma leków ratujących życie, nie ma insuliny i tak dalej, i tak dalej…
Pan magister z W. Sympatyczny facet. Prowadzi aptekę ze swoją żoną.
I ja rozumiem, że w końcu puściły mu nerwy i wykrzyczał mojej koleżance:
- W dupę sobie wsadźcie te swoje reklamówki, kredki i kolorowanki. Clexane mi dajcie!
I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

A kiedy już nastąpi koniec naszego żałosnego świata, zostaną trzy rzeczy: karaluchy, piasek z kuwety i koci włos.

Ogólnie mam taką zasadę, że jak zacznę rozpierdalać jakąś chatę, to się mogę wyprowadzać.
No to szukam pomału nowego lokum. Chciałam powiesić ramkę z obrazkami i wyrąbałam taką dziurę w ścianie, że hej. Potem okazało się, ze ramki wiszą krzywo. Postanowiłam poprawić, ale mi hermana powstrzymała mnie, że jak zacznę znowu walić młotkiem, to sobie wizjer do łazienki zrobię, więc niech wiszą krzywo, ja się rozglądam za nowym domem.

Zagadka dnia

Płynę do brzegu z nową chatą.
Reasumując: 60 tysiów pękło, umeblowałam się jako tako, naużerałam się z montażystami kuchni, wnosicielami mebli, salonami meblowymi, ertevauagiede itepe, trzasnął mi kręgosłup, zrypana jestem jak koń po westernie. I kiedy myślałam, że to koniec, że to dzisiaj dowiozą mi tylko szafę (oczywiście w paczkach, wersja: LEGO, zrób to sam), jutro tylko składanie i gitara gra… Ale nie. Nie z moim szczęściem. Przynieśli więc te paczki z szafą, pojechałam do roboty na drugą zmianę i nagle telefon z salonu meblowego. Dzwoni pani niemiła z obsługi. Tak, tak, to ta, która ironicznie się do mnie odnosiła. Tak, to ta, którą zrypałam od góry do dołu ku uciesze nie lubiących jej współpracowników. Moim zdaniem, klient w swoim zachowaniu nie musi wypowiadać się logicznie. To jest fascynujące, że niektórzy ludzie są jak drzwi w domu u Leonity. Jak nie pierdolniesz, to nie zamkniesz. Kiedy podniesionym głosem oznajmiłam jej, że mnie zaczyna irytować i dodałam kilka swoich złośliwości, wtedy babsko stało się miłe. No i teraz ten telefon. Ja już w pracy, a on uderza w żałobno-proszalny ton, że olaboga, dramat, bo cztery paczki szafy, a powinnam trzy. A ta czwarta to komoda państwa XYZ ze Ś. i ona mię zaklina na wszystkie świętości, żebym ja oddała paczkę. No żesz kurwa. Zgodziłam się, bo na co mię części od komody? I dobrze, że się zgodziłam, bo panowie zabrali komodę, a mi dorzucili małą paczuszkę. A co było w środku? No co? Kurwa, zawiasy.
Jutro przyjdzie facet składać szafę. Ciekawe co mu wyjdzie? Przystanek autobusowy? Prom kosmiczny? Półko-szafo-stół?

… bo zupa była za słona

Kolano mnie boli i puchnie coraz bardziej. Przewróciłam się na łyżwach. Wiem, że mamy czerwiec. A ja wyjebałam się na łyżwach, a właściwie o łyżwy.
Przeprowadzam się. Na swoje. W końcu.
Niosę sobie ten karton i nagle sruuuu! Niedbale rzucone łyżwy stały się dla mnie śmiertelną pułapką. Nie, nie złapałam w ostatniej chwili równowagi. Nie. Wpadłam w stertę kartonów niczym Hanka Mostowiak i przez moment myślałam, że jak ona – umarłam, bo nic nie czułam. Otworzyłam oczy – nadal byłam wśród kartonów, przykryta choinką. która upadła na mnie, kiedy leciałam. Potem pojawił się ból w kolanach, łokciach. Ogólnie wyglądam ja ofiara przemocy domowej.
Ostatni czas to tyle radości. N. – moja, pożal się borze szumiący, kierowniczka. Kobieta, która zatruła mi ostatnie dwa lata życia. I paradoksalnie, przyczyna mojego największego szczęścia. Czuję się pełna radości, jak świnia w błocie, że jej więcej nie zobaczę.

Podnieś to, czym rzuciłeś

Już dawno pogodziłam się z tym, że jestem murzynem na plantacji bawełny. A pracodawcy, pseudo kapitalistyczni krwiopijcy nie zdają sobie sprawy, że łańcuch jest tak silny, jak silne jest jego najsłabsze ogniwo.
Sz. wprowadza mnie w tajniki pracy w wielkiej firmie. Za to kara, za tamto po premii…
- A jak to zrobię źle? Każecie mnie wychłostać? – pytam zaczepnie.
- Nie, zamurujemy cię w naszej firmie. Zostawimy tylko otwór na oczy i ręce, bo to jest nam tylko potrzebne.
Najpierw zaśmialiśmy się, a potem zrobiło się tak jakoś poważnie…

W oborze zganiam towarzystwo po przerwie.
- Ale co będziemy robić? – pyta pomiot.
Kurwa, jeździć na nartach.
- Będziemy śpiewać pieśni patriotyczne – odpowiadam złośliwie.
- Super! – cieszy się K., która bierze udział w każdym przedstawieniu, apelu, capstrzyku…
- Rozkwitaaaały pąąki białych róóóóż…
Wtedy K. rzucił czym przez pół sali.
- Podnieś to, czym rzuciłeś! – drę ryja.
K. zdziwiona.
- Proszę pani: Rozkwitały pąki białych róż, wróć Jasieńku, a nie: podnieś to, czym rzuciłeś…

Jestem oborową.

Jakby ktoś zapytał, gdzie pracuję, to mówię, że w oborze.
A. zajrzała do sali.
- I jak tam? – spytała.
- A, nic, dostałam już opierdol.
- Czyli dzień jak co dzień – spuentowała.

Dzisiaj zatrzymała mnie policja. A ja, jak to ja. Dzień jak co dzień. Samochód nieprzerejestrowany od pół roku, prawo jazdy nieaktualne, dowód osobisty nieważny. Zrobiło mnie się miękko pod kolanami. Trza grać na czas. Otwieram drzwi, w sumie, to już mogę oddawać dowód rejestracyjny i planować w myślach podróż do NS, gdziekolwiek to jest, bo na tę miejscowość mam blachy, a policjant każe mi dmuchać.
- Co to jest? – pytam, bo mam śmierć w oczach.
- Alkomat, alkomatu pani nie widziała?
- Nie – odpowiadam szczerze.
- Niech pani dmucha! – trochę się koleś poirytował
- Ale gdzie?
- W tę dziurkę!
- Naprawdę? – nie dowierzam. – Jak ja tam trafię?
Udało się.
- A od kiedy ma pani prawko?
- Pół roku.
- Czyli dokumenty ma pani w porządku?
- Oczywiście, wszystkie – kłamię.
- Niech pani jedzie. I niech się pani ogarnie.
Pytanie retoryczne: czy „niech się pani ogarnie” traktować jako pouczenie?

I chuj -pomyślałam, bo myślę raczej zwięźle

Najgorsze jest, kiedy ma się wypadek przy pracy i nawet poskarżyć się nie można. Wylałam sobie wrzątek na nogę, bo czajnik się przewrócił. A nam nie wolno mieć czajników. U nas. Na plantacji bawełny. W obozie pracy.
Zauważyłam, że to starsi ludzie są bardziej odpowiedzialni od młodszych. Np. na parkingu lekko stuknęłam samochód stojący za mną. Jaka była reakcja mojej mamy? Trzeba wysiąść i zobaczyć. Nie. Trzeba spierdalać. Nie ma co oglądać. Co się stało, to się nie odstanie. A ile razy sąsiad we mnie pierdolnął pod blokiem (raz widziałam przez okno) i nikt z tego nie robi wielkiego aj waj.
Opowiadam zatem starszej koleżance, że jadąc zwężoną drogą, nie wiem, czy stojący na poboczu robol upierdolił mi ręką lusterko czy to był słupek.
Nie rozumiem zdziwienia H., że się nie zatrzymałam. A po co miałam się zatrzymywać? Prosić się o problemy? I tak lusterko pooooooszłoooo.
Czas zmienić schemat postępowania. Zawsze zostawałam na miejscu zbrodni i ponosiłam konsekwencje. Teraz, nawet złapana za rękę, będę się wypierać, że to nie moja ręka. Co czterdzieści lat trzeba zmieniać schematy. Dlaczego mam być w tym elitarnym gronie odpowiedzialnych?

Jak nie my, to kto

Ale po co się tak spinać i napinać?
W piątek posadziłam całe tałatajstwo i powiedziałam:
- Drogie dzieci, plan na dzisiaj jest taki: ponieważ mamy piękną pogodę, zaraz pójdziemy do pana Bogusia na dyżurkę po łopaty. Skopiemy te małe poletko za szkołą, potem będziemy nawozić gnojówką, następnie coś tam posadzimy.
A. dostał histerii, że on nie będzie, że on nie chce i takie tam. Jak ja na niego ryknęłam, że za chwilę to powie pani dyrektor, bo to jest jen zarządzenie. Umilkł.
Ja nie wytrzymałam ciśnienia i w końcu przyznałam się, że Prima Aprilis.

Nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić, że to co stare i zdewaluowane odchodzi w niepamięć zastąpione czymś nowym i niekoniecznie znaczy, że gorszym.
Pierwsza klasa liceum. Hagiografia. Legenda aurea.
Pytanie do krzyżówki: „mieszkał pod schodami udając biedaka”.
Każdy wie, że to święty Aleksy mieszkał pod schodami we własnym domu.
M. z niepewnością na twarzy, bardziej pyta niż odpowiada:
- Harry Potter?
Szach mat.
Nie mogłam się nie roześmiać.
Jak nie mogłam się nie roześmiać, kiedy pan R. stwierdził, że jest upierdliwym kierownikiem apteki i powiedział mi, że za chwilę porozmawiamy w nieprzyjemnym tonie. Ja – myśl – błysk: pół roku temu, pan profesor darł ryja na pół szkolnego korytarza, że on sobie nie życzy, aby jego ośmioletnie dziecko nie mogło dowolnie korzystać w czasie zajęć z telefonu komórkowego, że „jak on będzie chciał nas skompromitować, to nas w sraczu nagra” i tede.
I czekam, aż pan R. każe mi sobie te 50 szczoteczek do zębów w dupę wsadzić i przekręcić pięć razy, a on:
- Proszę pani, co ja zrobię z tymi szczoteczkami? Czy to się sprzeda?
No pewnie, za 2, 50. Jak to mówi J.: „ludzie wszystko kupią.”

Zachowałam się jak trzeba

Pytanie na śniadanie, a raczej na obiad. Jak długo czeka się na rehabilitację na kręgosłup? Można się pomylić o 5 lat.
Idąc do lekarza medycyny pracy na badania okresowe ledwo nie uległam pokusie, aby na pytanie: jak się pani czuje? nie odpowiedzieć: od tygodnia dusi mnie w klatce, drętwieje mi lewa ręka, ale jest OK, jakoś daję radę.
Nie powiedziałam, więc pani dochtór stwierdziła, że jestem okazem zdrowia.
Lekarze. Temat rzeka. Gdybym miała kota, którego nie lubię, to dałabym im go do leczenia.
W sumie, to wszystko jest OK. Lodówka mi dziwnie stuka, z piecyka w łazience sypie się sadza, silnik w samochodzie szarpie, rura od odkurzacza się zapchała, pralka nie płucze. Czekam na dołączenie się do towarzystwa ekspresu do kawy.
Jak to jest, że to, co się zobaczyło, tego nie da się odzobaczyć, a to, co się przeżyło, tego nie da się odprzeżyć?
Chciałabym, żeby było jak kiedyś, abym mogła się obudzić rano i powiedzieć sobie: życie jest w porządku.
Lepiej chyba udawać, że się nie widzi. Jak ten ojciec, co idzie ulicą, a za nim dziewięcioletni syn palmą (dzisiaj Niedziela Palmowa) omiata wszystkie samochody. Ojciec się nie odwraca. A wygląda na takiego, co jakby się odwrócił i zobaczył, to by przypierdolił.
Po co widzieć? Po co generować nowe problemy? No tak, bo potem dylemat moralny: zareagować czy zignorować?

Jesteś moją lejde

W związku z samochodem muszę, koniecznie muszę, ogarnąć dwie rzeczy. Po pierwsze primo, parkowanie.
Gdyby nie robotnicy, to bym nie dała rady, kolejny raz. Wychodzę rano z domu, torebka w zębach, torba z manelami na ramieniu, buty na zmianę pod pachą, komórka i klucz od samochodu w łapie, kanapka i banan pod drugą pachą. Przełażę z gracją przez murek, gubię kanapkę, i… szok! To ja nie postawiłam samochodu na podwórku? Oj. Idę dalej. Gubię banana i buta. Pod Społem też nie? Oj, oj. Wracam, zbieram swoje skarby. Panowie robotnicy, na obowiązkowym, porannym papierosie.
- Co? Samochód pani zgubiła?
- Chyba?
- A jaki?
- Srebrna hanka.
- To stoi przed blokiem.
- Dzięki panowie!
Jeżu, faktycznie. Wyjątkowo było miejsce przed blokiem.
Jak to ogarnę, to wezmę się za zmianę stacji radiowych w czasie jazdy. Poziom agresji wzrasta, kiedy człowiek, jak na złość, ma same zielone i nie może zmienić hitu: „jesteś moją lejde, pragnę ciebie bejbe…” Serio, serio, tak to leciało. Wiem, bo wryło mnie się w mózg.
Aha. Wybory na miss naszej szkoły wygrała nauczycielka N., wręczała uczniom kartki do głosowania z tekstem:
- Mam nadzieję, że wygram.
Mnie w tym miejscu już nic nie zdziwi. Już po mnie.