… bo zupa była za słona

Kolano mnie boli i puchnie coraz bardziej. Przewróciłam się na łyżwach. Wiem, że mamy czerwiec. A ja wyjebałam się na łyżwach, a właściwie o łyżwy.
Przeprowadzam się. Na swoje. W końcu.
Niosę sobie ten karton i nagle sruuuu! Niedbale rzucone łyżwy stały się dla mnie śmiertelną pułapką. Nie, nie złapałam w ostatniej chwili równowagi. Nie. Wpadłam w stertę kartonów niczym Hanka Mostowiak i przez moment myślałam, że jak ona – umarłam, bo nic nie czułam. Otworzyłam oczy – nadal byłam wśród kartonów, przykryta choinką. która upadła na mnie, kiedy leciałam. Potem pojawił się ból w kolanach, łokciach. Ogólnie wyglądam ja ofiara przemocy domowej.
Ostatni czas to tyle radości. N. – moja, pożal się borze szumiący, kierowniczka. Kobieta, która zatruła mi ostatnie dwa lata życia. I paradoksalnie, przyczyna mojego największego szczęścia. Czuję się pełna radości, jak świnia w błocie, że jej więcej nie zobaczę.

Podnieś to, czym rzuciłeś

Już dawno pogodziłam się z tym, że jestem murzynem na plantacji bawełny. A pracodawcy, pseudo kapitalistyczni krwiopijcy nie zdają sobie sprawy, że łańcuch jest tak silny, jak silne jest jego najsłabsze ogniwo.
Sz. wprowadza mnie w tajniki pracy w wielkiej firmie. Za to kara, za tamto po premii…
- A jak to zrobię źle? Każecie mnie wychłostać? – pytam zaczepnie.
- Nie, zamurujemy cię w naszej firmie. Zostawimy tylko otwór na oczy i ręce, bo to jest nam tylko potrzebne.
Najpierw zaśmialiśmy się, a potem zrobiło się tak jakoś poważnie…

W oborze zganiam towarzystwo po przerwie.
- Ale co będziemy robić? – pyta pomiot.
Kurwa, jeździć na nartach.
- Będziemy śpiewać pieśni patriotyczne – odpowiadam złośliwie.
- Super! – cieszy się K., która bierze udział w każdym przedstawieniu, apelu, capstrzyku…
- Rozkwitaaaały pąąki białych róóóóż…
Wtedy K. rzucił czym przez pół sali.
- Podnieś to, czym rzuciłeś! – drę ryja.
K. zdziwiona.
- Proszę pani: Rozkwitały pąki białych róż, wróć Jasieńku, a nie: podnieś to, czym rzuciłeś…

Jestem oborową.

Jakby ktoś zapytał, gdzie pracuję, to mówię, że w oborze.
A. zajrzała do sali.
- I jak tam? – spytała.
- A, nic, dostałam już opierdol.
- Czyli dzień jak co dzień – spuentowała.

Dzisiaj zatrzymała mnie policja. A ja, jak to ja. Dzień jak co dzień. Samochód nieprzerejestrowany od pół roku, prawo jazdy nieaktualne, dowód osobisty nieważny. Zrobiło mnie się miękko pod kolanami. Trza grać na czas. Otwieram drzwi, w sumie, to już mogę oddawać dowód rejestracyjny i planować w myślach podróż do NS, gdziekolwiek to jest, bo na tę miejscowość mam blachy, a policjant każe mi dmuchać.
- Co to jest? – pytam, bo mam śmierć w oczach.
- Alkomat, alkomatu pani nie widziała?
- Nie – odpowiadam szczerze.
- Niech pani dmucha! – trochę się koleś poirytował
- Ale gdzie?
- W tę dziurkę!
- Naprawdę? – nie dowierzam. – Jak ja tam trafię?
Udało się.
- A od kiedy ma pani prawko?
- Pół roku.
- Czyli dokumenty ma pani w porządku?
- Oczywiście, wszystkie – kłamię.
- Niech pani jedzie. I niech się pani ogarnie.
Pytanie retoryczne: czy „niech się pani ogarnie” traktować jako pouczenie?

I chuj -pomyślałam, bo myślę raczej zwięźle

Najgorsze jest, kiedy ma się wypadek przy pracy i nawet poskarżyć się nie można. Wylałam sobie wrzątek na nogę, bo czajnik się przewrócił. A nam nie wolno mieć czajników. U nas. Na plantacji bawełny. W obozie pracy.
Zauważyłam, że to starsi ludzie są bardziej odpowiedzialni od młodszych. Np. na parkingu lekko stuknęłam samochód stojący za mną. Jaka była reakcja mojej mamy? Trzeba wysiąść i zobaczyć. Nie. Trzeba spierdalać. Nie ma co oglądać. Co się stało, to się nie odstanie. A ile razy sąsiad we mnie pierdolnął pod blokiem (raz widziałam przez okno) i nikt z tego nie robi wielkiego aj waj.
Opowiadam zatem starszej koleżance, że jadąc zwężoną drogą, nie wiem, czy stojący na poboczu robol upierdolił mi ręką lusterko czy to był słupek.
Nie rozumiem zdziwienia H., że się nie zatrzymałam. A po co miałam się zatrzymywać? Prosić się o problemy? I tak lusterko pooooooszłoooo.
Czas zmienić schemat postępowania. Zawsze zostawałam na miejscu zbrodni i ponosiłam konsekwencje. Teraz, nawet złapana za rękę, będę się wypierać, że to nie moja ręka. Co czterdzieści lat trzeba zmieniać schematy. Dlaczego mam być w tym elitarnym gronie odpowiedzialnych?

Jak nie my, to kto

Ale po co się tak spinać i napinać?
W piątek posadziłam całe tałatajstwo i powiedziałam:
- Drogie dzieci, plan na dzisiaj jest taki: ponieważ mamy piękną pogodę, zaraz pójdziemy do pana Bogusia na dyżurkę po łopaty. Skopiemy te małe poletko za szkołą, potem będziemy nawozić gnojówką, następnie coś tam posadzimy.
A. dostał histerii, że on nie będzie, że on nie chce i takie tam. Jak ja na niego ryknęłam, że za chwilę to powie pani dyrektor, bo to jest jen zarządzenie. Umilkł.
Ja nie wytrzymałam ciśnienia i w końcu przyznałam się, że Prima Aprilis.

Nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić, że to co stare i zdewaluowane odchodzi w niepamięć zastąpione czymś nowym i niekoniecznie znaczy, że gorszym.
Pierwsza klasa liceum. Hagiografia. Legenda aurea.
Pytanie do krzyżówki: „mieszkał pod schodami udając biedaka”.
Każdy wie, że to święty Aleksy mieszkał pod schodami we własnym domu.
M. z niepewnością na twarzy, bardziej pyta niż odpowiada:
- Harry Potter?
Szach mat.
Nie mogłam się nie roześmiać.
Jak nie mogłam się nie roześmiać, kiedy pan R. stwierdził, że jest upierdliwym kierownikiem apteki i powiedział mi, że za chwilę porozmawiamy w nieprzyjemnym tonie. Ja – myśl – błysk: pół roku temu, pan profesor darł ryja na pół szkolnego korytarza, że on sobie nie życzy, aby jego ośmioletnie dziecko nie mogło dowolnie korzystać w czasie zajęć z telefonu komórkowego, że „jak on będzie chciał nas skompromitować, to nas w sraczu nagra” i tede.
I czekam, aż pan R. każe mi sobie te 50 szczoteczek do zębów w dupę wsadzić i przekręcić pięć razy, a on:
- Proszę pani, co ja zrobię z tymi szczoteczkami? Czy to się sprzeda?
No pewnie, za 2, 50. Jak to mówi J.: „ludzie wszystko kupią.”

Zachowałam się jak trzeba

Pytanie na śniadanie, a raczej na obiad. Jak długo czeka się na rehabilitację na kręgosłup? Można się pomylić o 5 lat.
Idąc do lekarza medycyny pracy na badania okresowe ledwo nie uległam pokusie, aby na pytanie: jak się pani czuje? nie odpowiedzieć: od tygodnia dusi mnie w klatce, drętwieje mi lewa ręka, ale jest OK, jakoś daję radę.
Nie powiedziałam, więc pani dochtór stwierdziła, że jestem okazem zdrowia.
Lekarze. Temat rzeka. Gdybym miała kota, którego nie lubię, to dałabym im go do leczenia.
W sumie, to wszystko jest OK. Lodówka mi dziwnie stuka, z piecyka w łazience sypie się sadza, silnik w samochodzie szarpie, rura od odkurzacza się zapchała, pralka nie płucze. Czekam na dołączenie się do towarzystwa ekspresu do kawy.
Jak to jest, że to, co się zobaczyło, tego nie da się odzobaczyć, a to, co się przeżyło, tego nie da się odprzeżyć?
Chciałabym, żeby było jak kiedyś, abym mogła się obudzić rano i powiedzieć sobie: życie jest w porządku.
Lepiej chyba udawać, że się nie widzi. Jak ten ojciec, co idzie ulicą, a za nim dziewięcioletni syn palmą (dzisiaj Niedziela Palmowa) omiata wszystkie samochody. Ojciec się nie odwraca. A wygląda na takiego, co jakby się odwrócił i zobaczył, to by przypierdolił.
Po co widzieć? Po co generować nowe problemy? No tak, bo potem dylemat moralny: zareagować czy zignorować?

Jesteś moją lejde

W związku z samochodem muszę, koniecznie muszę, ogarnąć dwie rzeczy. Po pierwsze primo, parkowanie.
Gdyby nie robotnicy, to bym nie dała rady, kolejny raz. Wychodzę rano z domu, torebka w zębach, torba z manelami na ramieniu, buty na zmianę pod pachą, komórka i klucz od samochodu w łapie, kanapka i banan pod drugą pachą. Przełażę z gracją przez murek, gubię kanapkę, i… szok! To ja nie postawiłam samochodu na podwórku? Oj. Idę dalej. Gubię banana i buta. Pod Społem też nie? Oj, oj. Wracam, zbieram swoje skarby. Panowie robotnicy, na obowiązkowym, porannym papierosie.
- Co? Samochód pani zgubiła?
- Chyba?
- A jaki?
- Srebrna hanka.
- To stoi przed blokiem.
- Dzięki panowie!
Jeżu, faktycznie. Wyjątkowo było miejsce przed blokiem.
Jak to ogarnę, to wezmę się za zmianę stacji radiowych w czasie jazdy. Poziom agresji wzrasta, kiedy człowiek, jak na złość, ma same zielone i nie może zmienić hitu: „jesteś moją lejde, pragnę ciebie bejbe…” Serio, serio, tak to leciało. Wiem, bo wryło mnie się w mózg.
Aha. Wybory na miss naszej szkoły wygrała nauczycielka N., wręczała uczniom kartki do głosowania z tekstem:
- Mam nadzieję, że wygram.
Mnie w tym miejscu już nic nie zdziwi. Już po mnie.

Taki lajf

Podobno mężczyźni są nielogiczni tylko w uczuciach. I w ogóle nie histeryzują. Kiedy kaszlący facet patrzy mi prosto w oczy i mówi z przekonaniem:
- Dziwożona, ja trzeciej infekcji w ciągu miesiąca nie przeżyję, ja umrę…
To ja jestem jak rozdarta sosna. Nie wiem, czy mam lecieć i kombinować wieniec i dwa znicze, czy parsknąć mu śmiechem prosto w twarz, skoro on na mnie parska zarazkami…

To było po pierwsze primo. Po drugie primo. Jestę rekordzistką. Hip hip hurra! Niech żyje dziwożona. Pani derektor powiedziała to na radzie. Mam 148 wiadomości nieprzeczytanych w dzienniku elektronicznym. No, ale co ja mam powiedzieć? Że nie chce mnie się czytać tych żałosnych wypocin pani WC derektor?
Na podstawie naszych pań rządzących można nauczyć się stopniowania przymiotników. Niektóre przymiotniki stopniuje się w sposób prosty, np. głupia, głupsza, najgłupsza, ale niektórych tak się nie da, trzeba stopniować w sposób opisowy, np. pierdolnięta, bardziej pierdolnięta, najbardziej pierdolnięta.

Szkoda, że złapali Kajtka. Chciałyśmy go zaprosić do naszej szkoły. On podobno gustuje w nauczycielkach.

No i teraz, po tej całej historii, to ja znowu stoję na rozstaju dróg. Kiedy z mieszkania sąsiada dochodzą dziwne jęki i dźwięk, jakby ktoś, co piłował, to nie wiem, czy koleś kupił sobie braveran i jakby nigdy nic wziąć się za ubungen z niemca, czy jednak dzwonić na policję, bo ktoś tam kogoś ewidentnie morduje.
Taki lajf. Niełatwy. Im dalej w las, tym więcej grzybów…

Kulki z bibuły

„Nauczyciel ociera się o wieczność. Nigdy nie wie, gdzie kończy się jego wpływ”.
Ja, w tym miejscu, chciałabym przeprosić w imieniu całego grona pedagogicznego, wszystkich małych, zakompleksionych, pokręconych facetów. Większość waszych śrub w mózgu, to nasza robota. Przepraszam.
Kulki z bibuły. Robi się takie małe, potem nakleja, jedną przy drugiej, aż powstaje obrazek. Około dziesiątej kulki, palce się kleją, kulki się drą, a efektu nie widać. Wielką wiewiórkę wyklejali trzy dni.
Jak pomiot gada i przeszkadza na zajęciach, to ja tylko mówię:
- Dobrze, to za chwilę usiądziecie do pracy plastycznej i będziecie wyklejać kulkami z bibuły kontury ogromnego bałwanka.
W ich oczach widać autentyczny strach. A potem mówię do Z.:
- A Ty będziesz jeszcze wyklejał bałwankowi garnek.
Zbladł.
- Proszę pani, ja przepraszam, ja nie będę… Tylko nie kulki z bibuły.
Prywatnie,z dziewczynami,  to mamy polew z tych kulek z bibuły. To jedyne ich uspokaja. Stwierdziłyśmy, że powinnyśmy opracować standardowe wielkości kulek, od główki od szpilki, aż do wielkości piłeczki  od ping – ponga, w zależności, jak bardzo nas wkurwili.
A potem taki Z. będzie dorosłym facetem i będzie miał lęki na punkcie kulek i bibuły. Pójdzie z rodziną za zakupy do np. tesco, a tam na półce: bibuła. No i miesiąc z bani. Regres psychiczny, jąkanie się, moczenie nocne, impotencja, albo inaczej: agresja domowa, bicie żony, dzieci, alkoholizm. Albo taki Z. będzie się bał założyć rodzinę, wejść w związek, bo ta bibuła… Laska może być miła, jak pani nauczycielka na rozpoczęciu roku, a potem i tak kończy się kręceniem kulek i darciem mordy.
No właśnie, a jakiej pracy plastycznej Ty nie lubiłeś robić? Czy pamiętasz tę wredną nauczycielkę? Nie? Czyli przeżycie było tak traumatyczne, że wyparłeś wszystko do podświadomości. Jeszcze gorzej…
Przepraszam.