NIe myśleć, nie czuć, nie istnieć

Prawda stara, jak świat: jak ktoś ma miękkie serce, to musi mieć twardą dupę.
Jeśli masz dwóch pacjentów chorych na raka, dwie recepty, a tylko jedno opakowanie leku, co go w hurtowni rzucają raz na pół roku, to niech ci nie przyjdzie do głowy rozdzielać tego badziewia, bo rak, to rak. Pacjent się zawinie, a ty zostaniesz z problemem brakującego blistra leku dla żyjącego pacjenta i żadną możliwością zdobycia go, bo na umarlaka, to raczej recepty nikt nie wypisze, a na wyrozumiałość NFZ-u nie ma co liczyć, trzeba wyskakiwać z tysiaka.
Zapamiętać. Dziwożona, zapamiętać! Nie wolno mieć żadnych ludzkich uczuć. Żadnych.
I najlepiej też nie myśleć. Ciągle to sobie powtarzam: dziwożona, nie myśl. Tyle ludzi nie myśli i jakoś im idzie.
A ja jak próbuję nie myśleć, to koniec końców i tak to spada na mnie. Np. taka wymiana oleju. Dziady mechaniki trochę chyba za mało nalali, filtr wymienili, więc postanawiam zrobić małą dolewkę. To nie są moje problemy. Samochody, to problemy mężczyzn. J. też tak twierdzi i mówi, żebym na dolewkę pojechała na stację benzynową, tam mi jakiś facet doleje, bo znając mnie, to sobie wleje tego oleju do chłodnicy. Nie, nie obraziłam się, że J. ma mnie za tępą dzidę. Po prostu on wie, że ja nie mogę przemęczać się intelektualnie. Ze stukotem obcasików wkraczam na bipi i mówię, że chcę sobie dolać. Facet bierze rękawice i idzie ze mną do samochodu. Dolał. I zbladł.
- Paaaani…, a gdzie tu jest chłodnica?
- A tam – odpowiadam i pokazuję swoim zgrabnym paluszkiem owo urządzenie.
- Jezus Maria. Już się przestraszyłem, że do chłodnicy nalałem.
Kurwa, rychło. Najpierw się leje, a potem myśli.
Wniosek: jestem bardziej rozgarnięta technicznie od przeciętnego faceta. A ja myślałam, że jestem ułom.

Smutno mi. Krótko mój Besito był ze mną. Tylko trzy lata.

Dzięki niemu nauczyłam się tego, ze nie muszę być perfekcjonistką. Bo jak jeździć samochodem, to jak Kubica, jak parkować, to na raz, bez poprawek i tak dalej. I kiedy wyjeżdżałam z lecznicy, była tak rozbita, że nie miałam pomysłu, jak zawrócić na najbliższym osiedlowym skrzyżowaniu. Wykonałam jakieś pół manewru i chuj. I dalej nie wiem. Za mną krawężnik za wysoki, żeby podjechać, przede mną jakieś słupki. Z każdej strony ktoś nadjeżdża. Normalnie, to bym się zestresowała, wymiękła, spanikowała, że ktoś się denerwuje, że nie może przejechać. A tym razem? Pierdolę wszystkich. Taksiarzowi nic się nie stanie, jak poczeka dwie minuty, aż wykręcę, kolesiowi tojocie, też nie. Myślałam tylko: kurwa, niech tylko ktoś trąbnie, to wysiądę i nastukam po mordzie. Nikt nie trąbnął.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.