Czy ja jeżdżę hondą?

W aptekach najpopularniejszą grą jest: Zgadnij, co mam na myśli.
- Poproszę kulkę dla mężczyzn.
Yyyyyyy?
Że, kurwa, co?
I nagle, dwie synapsy szczęśliwie się połączyły w moim mózgu, choć długą i ciężką drogę miały do pokonania:
- Dezodorant dla mężczyzn?
Bingo!

Kiedy w bardzo ważnej firmie farmaceutycznej dzwoni do nas bardzo ważny klient, a akurat M. przyszła do roboty ze swoim psem Rufikiem, który szczeka, kiedy nikt nie ma czasu rzucić mu zabawki do aportowania, to na pytanie:
- Psa tam macie?
Odpowiadamy:
- Nie, koleżanka ma taki oryginalny dzwonek w telefonie.

Znajoma mnie uprosiła, żebym na kilka godzinek wróciła do pracy w gimnazjum w D. Nie mam specjalnie czasu, bo pracuję na dwa etaty, ale sentyment mnie przyciągnął. Przez pierwsze dwa tygodnie było ciężko. Nie mogłam się wbić w gimnazjalny rytm: akcja-reakcja, prowokacja-cięta riposta.
Ale jakoś się przełamałam w tym tygodniu.
D., syn lokalnego dilera, doskonały materiał na bandytę, pyta mnie nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A pani jeździ hondą?
Oblał mnie zimny pot. Kurwa, brakuje mi tylko wybitej szyby.
- Nie wiem…
- No jak to pani nie wie?
- No nie wiem. Okłamywanie jest niepedagogiczne, więc mówię ci prawdę: nie wiem, czy to honda. Skąd ja mam wiedzieć czym był mój samochód w poprzednim wcieleniu? Może to był mercedes i przystanek autobusowy? Wiesz, zdolny lakiernik i dwa wiadra szpachli…
- Ale hondą pani jeździ?
- No to ci mówię, że nie wiem. Może to była beemwica i dwie latarnie plus cztery wiadra szpachli? Albo alfa romeo i fiat panda?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.