Defekt mózgó

Mam jakiś defekt mózgó. Zresztą nie jeden. Nie rozumiem prawniczego bełkotu. I kiedy dzwonię do J., bo akurat coś w robocie kminię, aż mi mózg paruje i nie chuja nie mogę przebrnąć przez paragrafy, to J. drze ze mnie łacha, że czytać ze zrozumieniem nie umiem, że jak ja szkołę podstawową skończyłam, że czego tu nie rozumieć.
No i J. pojechał do sanatorium, bo J. już jest w takim wieku, kiedy bliżej niż dalej i dzwoni do mnie, bo jemu akurat znacznie się przybliżyło i jest chory. Lekarka przepisała mu jakiś antybiotyk, a piguła odcięła kawałęk blistra i on by chciał wiedzieć, czy to dobry antybiotyk. Sandoz. Czy ja znam antybiotyk Sandoz?
Tak, defekt mózgó albo serca. Nie zaczęłam się śmiać, że to nie nazwa leku, ale producenta, bo myślę sobie, że chłop chory, to się dodatkowo znęcać nie będę. A może powinnam.
Nie śmieję się z mamy A., która poszła do apteki po nifuroksazyd na sraczkę, a jakoś przekręciła jej się nazwa na nitroglicerynę. Dobrze, że niektóre leki są na receptę, bo ród ludzki by wyginął.
I tak oto doszłam do głównego defektu mózgó. Nie mam pamięci do twarzy. Rozpoznaję ludzi, których znam dłużej, a resztę mój mózg grupuje: wysocy faceci, chudzi faceci, grube kobiety, szczupłe laseczki i tak dalej. Najgorzej, że najliczniejsza jest grupa facetów w średnim wieku, takich nijakich. Pamiętam, jak swego czasu miałam do zdania dwa egzaminy w jednym terminie. Wpadłam więc do pokoju, dorwałam ja ci tego doktorzynę z bożej łaski i mówię mu, ze chcę zdać egzamin z tego i z tego. A on mi na to, że on tego przedmiotu nie prowadzi. I że ja nie wiem, co ja zdaję, że nawet nie kojarzę wykładowców i mam wypierdalać, czyli opuścić pomieszczenie.
Pamiętam, jak kiedyś mój instruktor zapytał kokieteryjnie, z kim wolę jeździć: z nim, czy z tym drugim.
- Jeden chuj -wypaliłam.