Pytania

Bigos został uznany za socjopatę. Między innymi dzięki takim odzywkom jak wtedy, kiedy do klasy weszła pani pedagog.
- Ładną ma pani fryzurę.
- Dziękuję. U fryzjera byłam.
-A czy ja panią, kurwa, pytam, gdzie pani była? Mówię, że ma pani ładną fryzurę.
Ja też jestem socjopatką, ale taką nie do końca, bo nie mam tyle odwagi, co Bigos.
Wchodzi koleżanka do pracy i mówi:
- Boże, ledwo zdążyłam, bo wypadek był i się zrobił korek.
- A gdzie ten wypadek? – pytam.
- Ja z Niemiec, jadę, bo tam mieszkam.
I mam ochotę jak Bigos odpowiedzieć:
- Czy ja cie, kurwa, pytam skąd jedziesz i gdzie mieszkasz? Pytam o wypadek.

Defekt mózgó

Mam jakiś defekt mózgó. Zresztą nie jeden. Nie rozumiem prawniczego bełkotu. I kiedy dzwonię do J., bo akurat coś w robocie kminię, aż mi mózg paruje i nie chuja nie mogę przebrnąć przez paragrafy, to J. drze ze mnie łacha, że czytać ze zrozumieniem nie umiem, że jak ja szkołę podstawową skończyłam, że czego tu nie rozumieć.
No i J. pojechał do sanatorium, bo J. już jest w takim wieku, kiedy bliżej niż dalej i dzwoni do mnie, bo jemu akurat znacznie się przybliżyło i jest chory. Lekarka przepisała mu jakiś antybiotyk, a piguła odcięła kawałęk blistra i on by chciał wiedzieć, czy to dobry antybiotyk. Sandoz. Czy ja znam antybiotyk Sandoz?
Tak, defekt mózgó albo serca. Nie zaczęłam się śmiać, że to nie nazwa leku, ale producenta, bo myślę sobie, że chłop chory, to się dodatkowo znęcać nie będę. A może powinnam.
Nie śmieję się z mamy A., która poszła do apteki po nifuroksazyd na sraczkę, a jakoś przekręciła jej się nazwa na nitroglicerynę. Dobrze, że niektóre leki są na receptę, bo ród ludzki by wyginął.
I tak oto doszłam do głównego defektu mózgó. Nie mam pamięci do twarzy. Rozpoznaję ludzi, których znam dłużej, a resztę mój mózg grupuje: wysocy faceci, chudzi faceci, grube kobiety, szczupłe laseczki i tak dalej. Najgorzej, że najliczniejsza jest grupa facetów w średnim wieku, takich nijakich. Pamiętam, jak swego czasu miałam do zdania dwa egzaminy w jednym terminie. Wpadłam więc do pokoju, dorwałam ja ci tego doktorzynę z bożej łaski i mówię mu, ze chcę zdać egzamin z tego i z tego. A on mi na to, że on tego przedmiotu nie prowadzi. I że ja nie wiem, co ja zdaję, że nawet nie kojarzę wykładowców i mam wypierdalać, czyli opuścić pomieszczenie.
Pamiętam, jak kiedyś mój instruktor zapytał kokieteryjnie, z kim wolę jeździć: z nim, czy z tym drugim.
- Jeden chuj -wypaliłam.

Hanka, Irena i dziunia

Z Hanką rozstałam się, bo za dużo piła. Piła wszystko, olej, benzynę, płyn do chłodnicy… W sumie olej to żłopała. Kolega W. dziwi się, że pozbywam się Hanki, ja mu mówię, że chleje.

- Ale ile? -dopytuje- Ile wlewasz litrów na rok?

- Na rok? – dziwię się teatralnie – Ja robię jej dolewkę na 1000 km.

No to faktycznie.

Potem przebrnęłam przez poszukiwania nowego samochodu.

- Notuje pani to, co mówię? – pyta przez telefon sprzedawca podający parametry samochodu.

- No tak, notuję. W głowie, czyli nigdzie.

I tak pojawiła się Irena. Śliczna i pachnąca nowością. Pierwszy raz jednak ma za sobą. Wersja A brzmi tak: Przyszłam na parking i tak było. Wersja B jest następująca: Ten znak na mnie szedł. Bezczelny. Tylko takie lekkie otarcie. Na otarcie łez, kiedy Irka była lakierowana, J. dał mi swoją niunię, abym miała czym do roboty jeździć. Śliczna laseczka, w takim dobrym dla kobiety wieku, lat 22. Łatwiej by było wymienić, co w niej działało. Klakson – nie (jak się za chwilę okaże, sprawa kluczowa), działające ogrzewanie wydawało taki dźwięk, że ludzie na ulicy się oglądali. No i ta rdza. W sumie karoseria trzymała się na lakierze. I oto nasz ostatni dzień. Ja i dziunia. Dajemy radę. Poprzedniego dnia nie chciała sucz odpalić, ale trochę ją pocisnęłam i jakoś zaskoczyła. Jadę sobie spokojnie ulicą i nagle JEB! To znaczy, nie takie znowu nagle. Ja widziałam tego kolesia wyjeżdżającego z zatoczki parkingowej, ale tak, jak wspomniałam, klakson nie działał. Wiec we mnie jebnął. On w sumie nie wiedział, co zrobił, nieważne. Miotam się, bo jadę do roboty, już jestem spóźniona, zjeżdżamy i spisujemy oświadczenie, swoje dane, takie tam, dzwonię do J. Słyszę przez telefon jak J. mówi, że pięć stów. I scena jak w filmie Barei. On rzecze: pięć stów, facet prawie mówi, że dobrze, ja trzasnęłam drzwiami i pół samochodu odpadło. No, kurwa, odpadło. Serio. Rdza posypała się na chodnik, a w samochodzie dziura. Już prawie chciałam kolesiowi powiedzieć:

- No i widzi pan, co pan zrobił?

W zamian tylko spojrzeliśmy na siebie i dam sobie głowę ucięć, że w tej  samej chwili mieliśmy jedną myśl, że jakby przyjechała policja, to by mi dowód rejestracyjny zabrali.

Dobrze, że wróciła Irena. Mam nadzieję, że nie dorobię jest symetrycznie, bo znaków ci u nas dostatek.

Czarna dupa

A ja nie uważam, że to nie jest problem, że jestem w czarnej dupie.
Problemem także nie jest, że zaczynam się w niej urządzać. Wygodnie.
I żyję sobie spokojnie. W moim ukochanym mieszkanku. Z ukochanymi kotkami, otoczona ludźmi, których kocham. I poruszają moje wisielcze poczucie humoru takie historie:
Kumpela, pyta synka, który jechał na basen razem z wujkiem i jego synkiem:
- Grzeczny byłeś?
- Tak, byłem grzeczny.
- A Bartek był grzeczny?
- Nie, Bartek nie był grzeczny, rozrabiał.
- I co wujek zrobił?
- Powiedział, że jak się Bartek nie uspokoi, to mu w ryj jebnie.
A do bólu brzucha rozbawiła mnie historia małżona M., który pijany błąkał się po mieście, szukając ulicy, którą jest w stanie wymówić, aby pani na dyspozytorni taksówek go zrozumiała.

Dobrze mieć samochód typowego karka. Można zwalniac przed skrzyżowaniem, na zielonym, żeby wysadzić koleżankę, a potem z piskiem opon ruszyć na pomarańczowym. Ten z tyłu nawet nie zatrąbi, bo boi się, że za chwilę wysiądzie ze srebrnej hanki facet bez szyi i spyta:
- Masz, koleś, jakiś problem?
Dobrze jest uczyć w gimnazjum najgorszym w gminie. Można uczniowi z klasy pierwszej gimnazjum zadać pytanie retoryczne:
- Czy ty oszalałeś?
Kiedy na kolejnym etapie uwsteczniania, oszołom zaczyna czytać osobno dwuznaki, oddzielając r od z i pytając z pretensją:
- Ale o co pani chodzi?
Dobrze jest uczyć w podstawówce, gdzie rodzice mają dystans do siebie i do swoich dzieci. Można wydrzeć japę na ucznia klasy piątej, który tworzy metaforę: Jesień niesie smród po lesie.
Dobrze jest pracować w dużej i znanej firmie farmaceutycznej. Ale dlaczego, to jeszcze nie wiem.

Azymut, czyli prawdziwy mężczyzna o drogę nie pyta

Nie zgłosiłam się na ochotnika do tego projektu unijnego, bo nienawidzę patrzeć, jak marnowane są pieniądze. Jeśli na tak niskim szczeblu tak się ludziom klei do łap, to co dopiero dzieje się u góry. Ale cóż, taki lajf…
Jedziemy zatem. Za pieniądze unijne. Ja organizator, dostałam wynajęty autokar, nic, tylko jechać. Autobus wiadomo jaki, kiedyś monopolista w przewozie pasażerów. Wsiadam, a kierowca do mnie:
- To jak jedziemy?
Mówię adres.
- Ale którędy?Ale jak ja mam jechać?
- Jak panu wygodnie- odpowiadam.
- Ale ja nie znam trasy. Ja jestem ze Stargardu.
- A ja z Darłowa – odpowiadam zaczepnie.
No, szach mat.
W końcu pękam.
- Do pewnego miejsca mogę pana poprowadzić, ale potem może być problem.
Jedziemy zatem i zaczyna się problem. Przezornie włączam nawigację w telefonie. Pańcia mówi, że mamy skręcić w lewo. Ale, na litość boską, czy doświadczony zawodowy kierowca autobusu będzie słuchać dwóch bab, w dodatku jednej gadającej w telefonie? Przejechaliśmy i wyjechaliśmy w czarnej dupie u diabła.
- I co teraz? – pyta kierowca
- Pani w nawigacji mówiła, że kilometr temu powinniśmy skręcić w lewo.
- Ale tam była za wąska ulica.
Znowu szach mat. Patrzy ciul na mnie. Czy ja mam mu poszerzyć tę drogę?
- Uważam- mówię z nieskrywaną irytacją – że mamy dwa wyjścia. Albo zrobić koło i nadrobić jakieś dwadzieścia kilometrów, czyli jechać do Rygi przez Ząbki, albo zawrócić ten kilometr.
Chwilę trwało to zmaganie samego ze sobą pana kierowcy, ale zwyciężył rozsądek. Zawróciliśmy.
Jedziemy. Stanęliśmy u wylotu wąskiej drogi i pan kierowca kieruje do mnie te słowa
- Czy mogłaby pani wysiąść i zapytać o drogę?
- Nie- odpowiadam.
Szach mat. Po chwili ruszył. Jedziemy. Dojechaliśmy.
I znowu pytanie za sto punktów.
- Czy na końcu tej wąskiej ulicy jest parking?
Udałam, że nie usłyszałam.
I tak sobie myślę, że faceci tak mają, czy co? Że nie pytają o drogę?
Pamietam jak z J. jechaliśmy w góry. Wypadek na autostradzie, policja kieruje na objazd, tłumacząc drogę. J. niby słucha. Zjeżdżamy z drogi.
- Wiesz, jak jechać? – pytam J.
- Będziemy jechali na azymut.
Te słowa zwiastują problemy. I tak po pół godzinie wyjechaliśmy dokładnie w tym miejscu, w którym policja wskazuje objazd. Czy tak ciężko jest powiedzieć
- Kobieto, weź kartkę i pisz, co mówi policjant, bo jest ciemno, nie znam drogi, jestem zmęczony…
Nie. Azymut.

Bigos

Czym się różni praca w wielkiej korporacji, gdzie jest ciepło, miło, wygodnie, z własnym stanowiskiem pracy i nawilżaczem powietrza od pracy w gimnazjum w D.?
Bigosem.
Znałam tych dzieciaków od pierwszej klasy, kiedy do przywiązanego konia rzucali kamieniami. Wtedy złapałam rudego Bigosa za wszarz i powiedziałam, że tak mu wpierdolę, że go rodzona matka nie pozna. Potem on przyszedł do mnie i się przytulił i wyznał:
- Mama tez mi mówi, że mnie zajebie.
I wróciłam. Po siedmiu latach. Pierwszy podchodzi do mnie Rudy vel Bigos. Z tymi śmiejącymi się oczami:
- Czy mnie pani pamięta?
Tak. Bigos właśnie wrócił z ośrodka wychowawczego i zeżarł na dzień dobry kwiatka w biologicznym. Dyra stwierdziła, że jak trzeba będzie to mu podsunie dracenę, czy inne trujące zielsko.
I dzisiaj podjeżdżam pod szkołę. Bigos siedzi w kucki na płocie, śpiewa piosenkę, że ma wielkiego chuja, a w między czasie gdacze jak kura, a reszta klasy mu wtóruje. ja nie wiem, czy mu już odbija, czy ma taki dystans do siebie. Ze starego płotu wystaje jakaś rura. Mówię mu:
- Dziecko zejdź, bo ta rura w tyłek ci się wbije, jak się zachwiejesz.
- No to będę miał trochę przyjemności – odparł Bigos i się uśmiecha.

W międzyczasie podchodzi do mnie mała dziewczynka i mówi:

- Prosze paniom, M. uderzył mnie w łeb.

- W głowę – poprawiam.

- Nie, w łeb!

Ja mam dosyć.

Umrę

Umrę. Oczywiście, że umrę. Każdy umrze. Prędzej, czy później. Kwestia niedopowiedzenia. Pamiętam, kiedy jeździłam jeszcze elką i wyjeżdżałam z parkingu, miałam obawy, że tył samochodu zachodzi mi na sąsiedni pas. Zapytałam więc instruktora:
-Mam tyłek, nie?
On pomilczał. I w końcu odparł z salomonową mądrością:
-Każdy ma.
Borze szumiący, jak ja się śmiałam.
Prawie jak wtedy, kiedy córka znajomej farmaceutki przytuliła się do mojego futrzanego kubraczka i powiedziała:
- Znowu pani tę sarnę ubrała?

Praca w aptece jest nie dla mnie. Grozi paranoją. Ja nie mogę na każdego wchodzącego pacjenta patrzeć podejrzliwie i zastanawiać się panicznie: jakiego syfa mi sprzeda?
Długi weekend srikend. A. była we Włoszech, mi hermana w Madrycie, inna A. w Warszawie, ktoś tam w Berlinie… A ja? A ja kurwa szłam przez ostatnie kręgi piekieł z zapaleniem zatok i spojówek.
Ogólnie to świat się kończy. Mój świat. Poszłam ja ci do dentysty-sadysty na wizytę kontrolną. A on do mnie:
-Ma pani bardzo dobrą higienę jamy ustnej.
O_O
To przecież ja się źle czuję, a nie on. Mój dentysta-sadysta, który przez lata mnie orał, że źle myję zęby…
A może wszystko jest kwestią nazewnictwa?
Kiedy ktoś mnie spyta, co robiłam w długi weekend, powiem, że byłam w ciepłych krajach (przecież w piekle).
Praca w szkole też nie dla mnie. Kiedy taka dogorywająca wlokłam się ostatkiem sił i dotarłam do klasy, ledwo usiadłszy, A. mi mówi:
- Coś mnie brzuch boli, chyba będę chory.
- Jezu, dziecko. Mam gorączkę, boli mnie gardło i zatoki, jak złapię od ciebie jelitówkę, to chyba umrę.
Musiałam to powiedzieć jakoś poważnie, bo A. się przejął:
- Niech pani takich głupot nie opowiada. Pani jest piękna i młoda i całe życie przed panią.
-… ale jak mi sprzedasz jelitówkę, to umrę. I to będzie twoja wina.
Uwielbiam wzbudzać poczucie winy w moich uczniach.

Pesel

Aaaaaaaaaa! Słońca nie widziałam od nie wiadomo kiedy. Jak przeżyć listopad i nie strzelić sobie w łeb? Jak nie popaść w tę listopadową autodestrukcję? Aaaaaa! Znicze i chryzantemy, pamięć o tych, co odeszli i wiecznie padający deszcz. Niech jutro ściśnie mróz na drodze, to czeka mnie dębowa jesionka.
Matko. Jak przetrwać listopadowe czarnowidztwo? Jak pohamować się przed rzuceniem sobie do wanny włączonej do prądu suszarki? Jak nie zabić się własną pięścią? Jak powstrzymać się od najedzenia się piasku z kuwety?
Nic, tylko mrok i śmierć, i niewiadomość i zatrata…
Boli mnie kolano. Nie mogę wchodzić po schodach. Oczywiście, że nie poszłam do lekarza. Po co? Diagnozę mam w dowodzie osobistym. Jest nią mój pesel.
Podobno „grzeczne dziewczynki mają pracę, niegrzeczne sponsorów, a mądre własny interes”.
Czas zmądrzeć.

Zrób to sam

Jeśli coś jest głupie i działa, to nie jest głupie.
Moje życie jest jak mój samochód. Tyle z niego odpadło, a nadal jeździ. Widocznie, to nie były jakieś super potrzebne rzeczy. Wczoraj przy parkowaniu znowu odpadł mi jakiś plastik. Lubię J., bo jest w porządku. On nie czyni jakichś złośliwych uwag, ja mu mówię, że odpadło, a on tylko pyta: skąd? i każe się nie przejmować.
Życie jest pełnie niepotrzebnych rzeczy, bez których wydaje nam się, że nie możemy żyć, a potem okazuje się, że spoko luz.